
Weny jakoś nie mam, ale znak życia dam :) Jakoś się rozleniwiłam przez te wszystkie wolne dni, a były bardzo miłe i ciekawe, więc mam nadzieję, że wena wróci, zebym mogła opowiedzieć :)
Najpierw nasze swetry z imprezy, o której pisałam - z mojego zdjecia Pan Koala jest wycięty na swoje własne wyraźne życzenie ;)


Kilka dni później przeczytałam, że się zrobiło strasznie modne właśnie wyciąganie tego typu swetrów, które przez długie lata uchodziły za szczyt obciachu rodem z lat 80'/90'. Nie wiem na ile moje koleżanki podążyły za modą, ale J. twierdzi, że taką imprezę robi co roku. W sieci natomiast znalazłam zdjęcie swetra, który bije na głowę wszystkie inne swetry :)))

Na kolację wigilijną ugotowałam prawdziwy i pierwszy w moim życiu barszcz:

Nawet mi zasmakował, co oznacza, że albo te z torebki są do dupy, albo źle zrobiłam. Pan Koala jako barszczowy znawca wybrał opcję pierwszą i tej wersji będę się trzymać :)
W Wigilię czekała mnie niespodzianka, bo jak wróciłam do domu, to wszystko już praktycznie było gotowe :) Nie tylko Stardust ma swojego Wspaniałego ;))) Kolacja była skromna, bo uznaliśmy, że i tak nie zdołamy wiele zjeść, więc ograniczyliśmy się do bigosu, ryb, pierogów, barszczu z uszkami i sałatki warzywnej. Potem wymieniliśmy się prezentami- w tym roku po jednym, ale za to konkretnym - Pan Koala dostał iPhone'a 3GS, a ja iPoda Classic szóstej generacji :) iPhone okazał się bardzo wciągającym urządzeniem - najpierw się okazało, że jest źle odblokowany, więc spędziłam pół nocy na dochodzeniu do tego jak to naprawić i koniec z końców udało mi się go doprowadzić do ładu o 3 nad ranem... W skrócie (dla tych, którzy zrozumieją o czym mówię ;)) - była zła wersja firmware, znaczy próbowano telefon odblokować na złej wersji, przez co wszystko się pochrzaniło. Musiałam wyczyścić telefon, pozwolić iTunes na odtworzenie całego systemu, upgrade'ować wersję firmware, ściągnąć zabezpieczenia aplikacji i odblokować na każdego dostawcę telefonii komórkowej. A piszę to głównie po to, żeby się pochwalić, bo jestem z siebie tak dumna, że prawie ze spuchnięcia się w drzwi nie mieszczę :)))))) Teraz sama chcę iPhona, bo to naprawdę rewelacyjnie przydatne urządzenie :) Ale to za jakiś czas, na razie się nie spieszy.
W sobotę wieczorem pojechaliśmy do koleżanki na kanadyjskie Święta, a w niedzielę zaprosili nas na łyżwy, kolację i wspólne oglądanie głupiej i wspaniale rozluźniającej komedii :) Szerzej o tym weekendzie napiszę nieco później, bo zdecydowanie się należy - było to bardzo ciekawe doświadczenie. A póki co, powiem tak: jeżdżenia na łyżwach się może i nie zapomina, ale jednak się wychodzi z wprawy... Oto ja, ze skupieniem na twarzy usiłująca przypomnieć sobie jak się hamuje...

Innych zdjęć nie pokażę, bo na każdym wyglądam jakbym się właśnie miała wywalić :) Pan Koala niestety nie miał łyżew i nie jeździł, ale zostanie to niedługo nadrobione, a wtedy się zemszczę podobnymi zdjęciami ;)
Pracę dostałam, a być może dostanę też inną, biurową, w moim polu zawodowym, więc trzymajcie kciuki, żeby się dobrze wszystko skończyło :) Tak czy siak, mam stałą pracę, co jest z pewnością sporą ulgą.
A tak wyglądała nasza skromnie ozdobiona choinka, takie coś na drzwi wejściowe i skarpeta ze słodyczami od polskiego Gwiazdora :)



Obiecuję, że w ciągu dwóch dni wrócę z czymś ciekawszym! :)