wtorek, 16 października 2012

Dlaczego wynajem w Sztokholmie jest sportem ekstremalnym?

Chciałam odpisać resvarii, ale jak zaczęłam zgłębiać temat wyszło parę rzeczy, które uznałam, że dobrze by było zapisać jako osobną notkę. Jakby ktoś szukał informacji :)

Dlaczego jest taka jazda bez trzymanki z mieszkaniami w Sztokholmie, jak również w innych częściach Szwecji? Powodów jest kilka i przynajmniej jeden jest dla mnie osobiście dość szokujący. Będę się skupiać na Sztokholmie, więc głowy nie dam, czy wszystko funkcjonuje dokładnie tak samo w pozostałych częściach kraju.

1. Mieszkań w Sztokholmie jest za mało. Cały czas się coś buduje, ale nadal to nie zaspokaja popytu. Na przykład w 2010 roku zbudowano zaledwie 6 400 nowych mieszkań, podczas gdy szacunki pokazują potrzebę przyrostu rzędu 25 000 rocznie. Jednym z powodów są spore restrykcje budowlane i wymogi (np. dotyczące ochrony środowiska), które podnoszą koszty budowy.

2. Wysokie są koszty przeprowadzki, więc siłą rzeczy Szwedzi są mniej mobilni - wysokie podatki, wysokie stawki agentów nieruchomości, to wszystko powoduje, że jak już ktoś ma mieszkanie, to w nim mieszka do oporu.

3. Wg mnie, powodem są też zarobki. W Szwecji zarobki są dość wyrównane i mało kogo stać na kupno mieszkania dla siebie i mieszkania na wynajem. Średnia pensja w Sztokholmie to 28 000SEK miesięcznie brutto, czyli 13 500zł, czyli ok. C$4 300. Wiem, że to średnia, ale biorąc pod uwagę podatki i koszty życia, to nie jest oszałamiająca kwota.

4. Chyba najważniejszym aspektem jest sztywny i bardzo mocno uregulowany rynek wynajmu. Najbardziej szokującą dla mnie informacją jest fakt, że kupując mieszkanie, nie jesteś de facto jego właścicielem w pełni tego słowa znaczeniu. Kupujesz prawo do zajmowania mieszkania, a właścicielem jest Bostadsrättsförenging (BRF), czyli taka wspólnota mieszkaniowa.

5. Chcąc wynając mieszkanie, musisz wystąpić o pozwolenie do owej wspólnoty. Wspólnota również ustala zasady, które, jak się można domyślić, sa korzystne dla wspólnoty, czyli długi okres wypowiedzenia umowy, maksymalny okres wynajmu, i tak dalej.Wspólnota również określa za ile możesz mieszkanie wynająć.

6. Podobno wspólnota może nawet nakazać właścicielowi sprzedaż mieszkania, jeśli ów się długo nie pojawia w kraju. Są również sytuacje, że właściciel sprzedaje mieszkanie, ponieważ wspólnota tak mocno utrudnia wynajem, że pojawia sie problem z utrzymaniem pusto stojącej przestrzeni.

7. Dzięki powyższym, kwitnie czarny rynek wynajmu, na którym ceny sa horendalne, a prawa żadne.

Wydaje mi się, że nie wszystkie mieszkania są objęte wspomnianymi wyżej wspólnotami, ale nie mam pojęcia jaki stanowią procent. Myślę, że sa zdecydowaną mniejszością. Co najlepsze, sporo Szwedów uważa, że ten system ma sens i nie chce go zmieniać. Nie mają nic przeciwko ograniczaniu własnej wolności w dysponowaniu swoja własnością w zamian za ochronę swoich praw, spokoju w budynku i "atmosfery". Argumentują, że wspólnota musi mieć coś do powiedzenia, bo w przeciwnym wypadku ludzie będą wynajmowac mieszkania komu popadnie, czyli głośnym studentom i innym aspołecznym przypadkom. Dość zaskakujący brak wiary w umiejętność jednostki do podejmowania racjonalnej decyzji...

45 komentarzy:

  1. No to faktycznie socjalizm pełną gębą... Ma to więcej wspólnego z PRL niż z normalnym krajem zachodnim. Brrr...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? Mnie ten system wspólnot, które ci mówią co masz robić dość poważnie zszokował.

      Usuń
    2. Przeciętny Szwed przeprowadza się w ciągu życia 10 razy. Wg. mnie to dość duza mobilność ;-)

      Usuń
    3. Dlatego, że mu wspólnota mieszkaniowa każe ;) Jak ma swoje, to nie bardzo, przynajmniej takie informacje znalazłam.

      Usuń
    4. Nie calkiem tak. Oprocz wspolnot masz tez mieszkania, ktorych nie kupujesz, tzw. hyresrätt. Zmieniasz jak chcesz i kiedy chcesz, stojac w kolejce w "bostadsförmedling". Zazwyczaj pierwsze mieszkanie jest wlasnie takim mieszkaniem. Czesto kolejne rowniez, jesli nie chcesz kupowac i pozyczac pieniedzy.

      Usuń
  2. No i jeszcze fakt, że piszesz o mieszkaniach (nie o domach). Ja tak głęboko wpadłam w przekonanie, że nie ma nic lepszego niż własny dom (chyba to American dream mnie do tego przekonał), że mam nadzieję nigdy nie mieszkać w mieszkaniu. No ale wiem, że w Europie jest inaczej i że mieszkania są bardzo ważne.
    Pozdrowienia,
    Alicja

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W dużych miastach amerykańskich chyba też się w mieszkaniach mieszka ;)

      Usuń
    2. To zależy, w NYC tak, za to w Chicago zdaje się nie bardzo. Jak wiesz w Toronto w mieszkaniach mieszkają głównie single, ludzie na dorobku, studenci i emeryci, rodziny, zwłaszcza te z dziećmi, wolą domy.

      Usuń
  3. Ale z drugiej strony spora czesc Polakow wyjechala w ostatnich czasach do Szwecji, w tym Sztokholmu i gdzies te mieszkania wynajeli. Zreszta nie tylko Polakow, bo emigrantow tam jest tez sporo. Jak daja sobie z tym rade?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tego co mówiła Sara (ta z agencji), to najlepiej mieć na początku jakiś punkt zaczepienia, znajomego znajomego znajomego. Tak sobie myślę, że to wygląda mniej więcej tak:
      1. Ludzie przyjeżdżający na kontrakt - i tak im płaci firma, więc problemu nie ma, firmom się tutaj bardzo chętnie wynajmuje.
      2. Szukasz i szukasz i szukasz i przy dawce szczęścia znajdujesz, ale sie przeprowadzasz co 1-2 lata, bo na tyle z reguł wspólnota pozwala, nawet jak jesteś wzrocowym lokatorem.
      3. Decydujesz się na gorsze dzielnice, w których, wyobrażam sobie, restrykcje są mniejsze lub żadne.

      Usuń
  4. Resvaria: podobny, a nawet bardziej jeszcze chyba jaskrawy system jest w Singapurze, tam prawie 100% ludzi mieszka w lokalach należących do miasta - takim odpowiedniku council flats w Wielkiej Brytanii... A jednak jest to jedno z lepszych miejsc do życia... Więc może taki system nie jest jednak taki zły?

    Mam znajomych w Szkocji, którzy mieszkają w councilowych blokach. Ja bym tam nigdy nie chciał, bo to niby patologia się tam zdarza, ale tam o takich ludzi council dba. Jak ktoś nie przestrzega zasad współżycia to wylatuje.

    W Polsce znam ludzi, którzy mieszkają we własnosciowych i od lat np. użerają się z burdelem znajdującym się w sąsiednim mieszkaniu, z którym nic się nie da zrobić, a przez takie sąsiedztwo nikt od nich mieszkania kupić nie chce...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oryś, ja absolutnie nie mam nic przeciw temu, żeby były tego typu rozwiązania. W Ontario mamy system kooperatyw (co-op), który moim zdaniem jest świetny gdy komuś pasuje wynajem tego typu. Jednak jest spora różnica kiedy można wybierać gdzie się chce mieszkać (dom, mieszkanie, własne, wynajęte itp.) a kiedy jest to narzucane odgórnie w imię jakiejś tam ideologii. Sytacja kiedy masz swoje, kupione mieszkanie i nie możesz go komuś wynając bez przejścia przez jakies komisje które cię zaakceptują albo nie jest mocno patologiczna. Zakładam, że gdyby system działał dobrze, to ludzie by nie musieli zapisywać dzieci w kolejce do mieszkania...

      Porównanie z krajami Azji nie ma większego sensu, zwłaszcza z takimi miejscami jak Singapur, gdzie jest ogromne zagęszczenie ludzi na mikroskopijnej przestrzeni. Wiadomo, że wtedy nie da sie budować domów. Jednak Szwecja na brak przestrzeni raczej nie narzeka... Wydaje mi się, że to też różnica kulturowa. Ja sobie nie wyobrażam całe życie wynajmować i podobnego zdania jest większość ludzi w USA i Kanadzie. Za to Niemcy nie wyobrażają sobie brać kredytu hipotecznego, więc mają jeden z najniższych w Europie odsetek właścicieli, większośc wynajmuje. Co kto lubi.

      Usuń
    2. Ten ped do kupowania zamiast wynajmu w USA juz przyniosl pierwsze owoce kilka lat temu. Teraz czekam kiedy peknie banka w Vancouver (bo w zasadzie te mieszkania juz nie sa warte tyle, ile za nie zaplacono)

      Usuń
    3. Owoce były nie dlatego, że ludzie kupowali, tylko dlatego, że banki dawały kredyty ludziom, którzy nie powinni ich dostać, za namową administracji federalnej.

      Sytuacja w Vancouver jest inna, bo ceny są głównie wynikiem wykupu mieszkań przez "investorów" z Azji. Nie wiadomo jak się to potoczy, ale pewnie ceny spadną. Natomiast na spadek cen domów w Toronto bym nie liczył, mieszkań i owszem pewnie tak, zwłaszcza jeśli dalej będa ich tyle budować, ale na domy jest tak duży popyt, że ceny raczej się utrzymają. A na nowe domy nie ma już w Toronto w zasadzie miejsca, więc tym bardziej...

      Usuń
  5. System wynajmu w Szwecji jest dosyc upierdliwy w porownaniu z wieloma innymi krajami, ale nie jest az tak dramatycznie. Rynek wynajmu wcale nie jest "czarny", wystarczy wejsc chocby na Blocket.se i przejrzec ogloszenia. Jest ich mniej niz w PL chociazby, ale predzej czy pozniej cos sie znajdzie. Ja znalazlem mieszkanie po 3 tygodniach, to bylo pierwsze ogloszenie, na ktore odpowiedzialem. Z drugiej strony znam ludzi, ktorzy szukaja od roku... Kwestia szczescia i preferencji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie wiem, czy nie jest dramatycznie... Wiadomo, sporo zależy od szczęścia, jak to w życiu. My w Toronto mieliśmy mieszkanie, którego teoretycznie w ogóle nie mieliśmy szansy dostać, ale jednak się udało, bo nas menedżerka polubiła. A babka z agencji w Sztokholmie ma pod ręką sporo ciekawych historii, z bloketem na czele :) No i spójrzmy też na ceny, kawalerka miniaturowa w Kungsholmen, 26m2 za 5tys zł to jest jednak hardkor.

      Usuń
  6. No tak, w bardzo wielkich miastach faktycznie ludzie i w Ameryce mieszkają w mieszkaniach, ALE:
    jeżeli to nie jest jakieś naprawdę wspaniałe mieszkanie, a zwykła kiltka, jak w Polsce, to wtedy ci ludzie wiedzą, że nie żyją amerykańskim ideałem, a mieszkają, jak mieszkają, bo nie mogą inaczej.
    Sprawa konieczności. Jednak każdy tutaj dobrze wie, że wolnostojący dom to jest ideał życia. Ja nie wyobrażam sobie mieszkania w tych klatkach dla królików - jak dokładnie tak widzę mieszkania.
    Jak mieszkałam w Nowym Jorku, to owszem, wynajmowałam mieszkanie, ale to było tymczasowe. Gdybym mieszkała w Nowym Jorku i pracowałabym na Manhattanie, to na pewno mieszkałabym gdzieś w domu (nie w mieszkaniu) poza Manhattanem. Dla mnie mieszkania to ogólnie smród (no tak, zawsze wie się co sąsiad gotuje), brud no i już nie powiem, że ubóstwo, ake jak ktoś ma pieniądze, to nie pcha się do mieszkania....chyba, że właśnie musi....

    Alicja

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Albo jest z Hong Kongu i nie ma co zrobić z pieniędzmi, wtedy kupuje w Toronto condominium za kilka milionów z widokiem na autostradę:) Wiele zależy od kultury z jakiej się jest. Wiele kultur boi się mieszkać w domach, bo to oznacza remonty, na których się nie znają i myślą, że sobie nie poradzą.

      Muszę powiedzieć, że naprawdę, choć się staram, nie rozumiem decyzji ludzi, którzy kupują mieszkanie zaraz obok Gardiner Expressway (główna autostrada w centrum Toronto). Tam nie ma sklepów, nie da się normalnie dojechać autem ani metrem, nie da się wyjśc na balkon. I co? Mieszkania się sprzedają jak świeże bułeczki za ciężkie pieniądze...

      Usuń
    2. "Dla mnie mieszkania to ogólnie smród (no tak, zawsze wie się co sąsiad gotuje), brud no i już nie powiem, że ubóstwo, ake jak ktoś ma pieniądze, to nie pcha się do mieszkania....chyba, że właśnie musi...."

      Chciałabym zobaczyć minę Stardust na widok powyższego stwierdzenia :)

      Usuń
    3. Alez prosze bardzo wedlug zyczenia:))
      Oto mina Stardust.
      Mieszkam w mieszkaniu, ktore czescia dwurodzinnego, wolnostojacego domu. My na dole, sasiedzi na gorze, dzieki temu mam caly backyard i oprocz tego patio 20x10 feet do wlasnej dyspozycji.
      Naprawde widzialam "domy" ktorych nie chcialabym za darmo w porownaniu z moim mieszkaniem:)))

      Usuń
    4. Dodatkowo moje mieszkanie powierzchniowo to czesto dwa domy:)) no i wielkosc pokoi. Kryste nie wyobrazam sobie domu z klitkami 9x9 feet. Takie rozmiary to ma moj office, ktory byl pralnia:)))

      Usuń
    5. Bo dom domowi nierówny, podobnie jak mieszkanie mieszkaniu :)

      Usuń
    6. I dokladnie tak jest:) Majac polowe blizniaka, ludzie mowia, ze maja dom, ale glosny sasiad moze byc za sciana, prawda? Mieszkanie w blokach lub nawet budynkach wielorodzinnych to nie to samo co mieszkanie w budynku dwurodzinnym. Mieszkalam w budynku wielorodzinnym przez 7 lat, mialam sliczne mieszkanie, ale tez mialam sasiadow ze wszystkich stron, wiec wiem, ze to jest roznica.
      Teraz juz od 8 lat mieszkam w mieszkaniu, ktore jest polowa nowego (15letniego) domu, ze wszystkimi wygodami, ale bez odsniezania, sprzatania, strzyzenia trawnikow, grabienia lisci i to jest dla mnie ogromny plus. Jestem na tym etapie zycia, ze nie mam sie ochoty narobic, a lubie mieszkac wygodnie:))

      Usuń
    7. To trafiłaś doskonale. Jak wiesz, mi oprócz potencjalnych zmian po drugiej stronie korytarza przeszkadzałoby mi w mieszkaniu wynajmowanym stałe poczucie bycia chłopem pańszczyźnianym. No może nie dokładnie, ale jak ktoś sprzedaje swój budynek z mieszkaniami, to plusem jest, że są lokatorzy i cena właśnie bierze pod uwagę to, że są stali lokatorzy. Czyli jest się sprzedanym z ziemią! No więc oprócz potencjalnych zapachów, jazdy windą (lubię żyć na poziomie ziemi) z sąsiadami, możliwych hałasów za ścianą, oraz niemożliwości zaplanowania własnej przestrzeni to naprawdę jest do nie dla mnie i chyba nie dla wielu osób.
      Jak człowiek rozsądnie podchodzi do hipoteki, to wszystko jest bardzo dobrze.
      Pozdrowienia, Alicja

      Usuń
    8. Mam rozumiec, ze jako wlasciciel domu nie jestes chlopem panszczyznianym, czyli jestes panem pelna geba? Nie placisz zadnych podatkow, masz pelna swobode do poczynan w/g wlasnego widzimisie na swoim poletku, bo jest ono Twoje, tak?
      To w takim razie gdzie jest ten Twoj dom? bo o ile mi wiadomo to w kazdym kraju wlasciciel ziemi/domu placi panszczyzne (podatki) panstwu. Moze cos przegapilam.

      Usuń
  7. Nie jest prawda, ze jak ktos ma pieniadze, to nie chce mieszkac w mieszkaniu. I ze posiadanie domu, to ideal zycia (???) Zalezy co kto lubi. Sa ludzie, ktorzy nie lubia prac przy domu, koszenia trawy, odsniezania itp Sa ludzie tak pochlonieci kariera, ze mieszkanie w condo to dla nich najlepsze rozwiazanie, bo czesto na piechote chodza do pracy. I jeszcze tacy co pol roku spedzaja np na Florydzie czy Arizonie a pol roku w Kanadzie i dom jest im niepotrzebny. Sa rozne scenariusze:) Zreszta buduje sie bardzo wiele tak pieknych i przestronnych mieszkan w Toronto czy jego okolicach, ze nie mozna generalizowac, ze wszystkie mieszkania to klitki. Aaaa i w tych nowych condo naprawde juz nie smierdzi, bo systemy wentylacyjne sa tak efektywne, ze nie trzeba wachac obiadu sasiada:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację z zapachami, ale już hałasy sa poważną sprawą i nie da się tego wykluczyć jeśli się trafi głośny sąsiad na górze. Oczywiście kiedy ma się dom też można trafić na głośnego sąsiada, więc w zasadzie nie ma różnicy:) Co mnie osobiście bardzo nie pasuje w condo to ich regulacje - choinka? Nie wolno, tylko sztuczna. Kwiaty w oknach? Nie wolno, wszyscy mają mieć tak samo. Pies? Nie wolno albo wolno tylko bardzo małego. Nie za bardzo wiele ma się praw jako właściciel...

      Usuń
    2. Odnosnie zapachow, mieszkamy w domu i mamy sasiadow, ktorzy w KAZDA sobote wieczorem smaza ryby!!!! Ujscie wentylacji z ich kuchni wychodzi prosto w nasze okno od lazienki (powder room). Latem, kiedy okna sa otwarte jest to nie do zniesienia. Sa to mili ludzie i moj D czesto z sasiadem rozmawia kiedy np oboje kosza trawe ale zapachy ryby sa ohydne. Lubie rybe ale nie jak mi sie zapach rozprzestrzenia po calym domu!!! Juz sie kiedys zastanawialismy jak to rozwiazac, czy wypada z nimi porozmawiac ale z drugiej strony, przeciez oni nic zlego nie robia:))) Glupio tak.....No i co??? Mieszkamy w domu a problem zapachow jest:)

      Usuń
    3. Trudna sytuacja, ale może moglibyście im delikatnie opisać sytuację... w końcu rurę od wyciągu mogą przedłużyć w górę. Inna opcja to zamknąć okno w łazience na amen i zainstalować wyciąg na zewnątrz, żeby odprowadzał wilgoć.

      Usuń
    4. Smierdzaca sytuacja ale jakos z niej w przyszlym roku wybrniemy:) Poki co zrobilo sie zimno i okna juz sie tam nie otwiera. A'propos, Res to jest okno od tzw powder room wiec wilgoci tam nie ma, bo tylko wychodek i umywalka;)Wyciag juz jest. Akurat po tej stronie domu na parterze nie ma juz wiecej okien.

      Usuń
  8. Ja Stardust też nie rozumiem, bo z tego co wiem, jest osobą, która NIE CHCE mieć własnego kąta. I dobrze. Mi to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, pewnie kiedyś kupię sobie jakiś budyneczek i będę ludziom wynajmować te mieszkania. I tacy ludzie też są na świecie bardzo potrzebni :)
    A z kolei moja wielka niechęć do wszystkiego co cuchnie socjalizmem jest naprawdę głęboka i uciekam od tego, jak tylko mogę. Oczywiście ucieczką od socjalizmu wszelakiego jest własne zabezpieczenie finansowe. Jakby mi sąsiad tak śmierdził rybą (czy czymkolwiek) to uprzejmie starałabym się rozwiązywać takie problemy. ResVaria podał kilka świetnych rozwiązań, na przykład takie przedłużenie tego odejścia już rozwiąże sporo.
    Ludzie z Hong Kongu to dokładnie mają mentalność apartamentowców, ale nie łudźmy się, wschodnioeuropejscy przybysze też często dobrze odnajdują się właśnie w blokach mieszkalnych. To jest i kwestia przyzwyczajenia i obawa przed nieznanym (remonty, naprawy), niechęć właśnie do odśnieżania, hehehehe. Najlepiej, jak nie ma śniegu i nie ma problemu!
    Pozdrawiam, Alicja

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Alicjo, naprawde nie musisz mnie rozumiec:) Doceniam Twoje checi. Mieszkanie, mieszkaniu nierowne, tak samo jak i dom domowi. Moje mieszkanie akurat ma wszystkie zalety domu i to duzego, wolnostojacego domu, ale bez wad w postaci jak sama piszesz remontow, odsniezania, grabienia lisci, sprzatania itp.

      Usuń
  9. Ja tak sobie gadam i gadam, ale tutaj chodzi o coś głębszego niż samo mieszkanie. W końcu ludzie w różnych warunkach żyją i im odpowiada. Zadziwiające jest jednak to, że prawa rynkowe nie mają odbicia w Sztokholmie. Jak ktoś dobrze zapytał, to gdzie mieszkają tam przybysze, uchodźcy etc.? Czy im rząd mieszkania znajduje i opłaca? No dobrze, a w przypadku Polaków którzy uchodźcami nie są? Jest sporo Polonii i w Szwecji i w Sztokholmie, gdzie mieszkają?
    Te wspólnoty bardzo mi się nie podobają. Ja lubię wszelakie rozwiązania problemów mieszkania wśród ludzi zasadami prawa i cywilnego i karnego. W ten sposób nie wolno hałasować w nocy, nie wolno śmierdzieć chemikaliami (zgadzam się, że problem z rybą jest upiorny, ale do załatwienia), nie wolno produkować metamfetaminy, nie wolno pomalować sobie swastyk na domu ani nie wolno trzymać na przykład 30 psów czy kotów na terenie miejskim. Ale takie pierdoły jak jakie rośliny czy tylko takie kolory albo takie drzwi do garażu, to straszne dla mnie jest. Mieszkam w mieście uniwersyteckim obok wielkiego miasta amerykańskiego (12 mil) i bardzo odpowiada mi to, że każdy dom jest tutaj inny, każdy ma inny kolor, inny plan architektoniczny. I to wszystko naprawdę świetnie gra razem. Podobnie jest zresztą z budynkami w Nowym Jorku. Tyle stylów różnych, tyle kolorów, a to wszystko razem jest zgrane fenomenalnie i działa świetnie. Narzucane modele to tylko nuda nuda i kontrola nad masami. Kłania się wczesny i średniowieczny PRL.
    Pozdrawiam, Alicja

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie tylko w Szwecji... Próbuje kupić coś nad morzem na wynajem tutaj, w USA i okazuje sie ze nie mozna tak sobie np. kupić domu i wynajmować go ludziom na tygodniowe wczasy. Bo jak dom jest na osiedlu (a praktycznie każdy jest), to osiedle ma ograniczenia na minimalny okres wynajmu. I np. om który byłby idealny na tygodniowe wczasy nie może być wynajęty na mniej niz 6 miesięcy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marek, piszesz o tzw gated communities, ktore rzadza sie podobnymi prawami jak condominia. Czyli milion zakazow i nakazow, do tego placisz maintenance fee co miesiac. Dokladnie jak w condo. Jak kupisz zwykly wolnostojacy dom, to nie ma takich obostrzen i mozesz wynajmowac kiedy chcesz, na ile chcesz i komu chcesz. Nikogo o zgode nie pytasz. Ale nikt Ci tego domu nie pilnuje wtedy, kiedy Cie tam nie ma. Cos za cos.

      Usuń
  11. Kurczę, faktycznie kiepsko. No ale co kraj, to obyczaj. U nas też w niektórych miastach ciężko znaleźć coś sensownego za rozsądną cenę, a co gorsza czasami warunki mieszkalne wołają o pomstę do nieba...
    Pozdrawiam ciepło,
    Sol :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście mieszkanie już jest, więc nie będę bezdomna :) Jakbym sama szukała, bez firmy za plecami, pewnie było by nieco gorzej.

      Również pozdrawiam :)

      Usuń
  12. Znowu muszę, po prostu muszę się odezwać :-) To nie do końca jest tak w tym Sztokholmie. Piszecie, że w mieszkaniach śmierdzi, jest głośno, itp. U mnie nie jest. Mieszkam 10 min. od centrum Sztokholmu, mieszkanie własnościowe we wspólnocie, czyli kupione na kredyt jak własne i niby mogą mnie wywalić. Ale za co? Właśnie za to, że smrodzę, brudzę, hałasuję. Tu nie ma tego problemu jeśli wspólnota dobrze działa. Tu nie śmierdzi, bo nikt nie smrodzi. Tu nie ma hałasu, bo Cię wywalą za to. Na tym polega moja wolność. Mogę żyć w zgodzie z sąsiadami. I nikt mi nie mówi jakie mam mieć firanki, jakie kwiatki czy jakie drzwi. To wszystko mity.
    Szwedzi się przeprowadzają, bo tak jest wygodniej. Wyprowadzają się idąc na studia czy do pracy. Kupują mieszkania bliżej pracy, bo tak jest wygodniej. My kupiliśmy nasze w połowie drogi między moją szkołą (ówczesną) a pracą męża. Teraz będziemy się przeprowadzać znowu, bliżej jego pracy bo ja już nie dojeżdżam do szkoły. Przez dojazdy ludzie się ruszają ze swoich osiedli, migrują. Starsi ludzie nie muszą siedzieć w wielkich mieszkaniach w których wychowywali czwórkę dzieci, mogą się przenieść gdzie chcą, a najczęściej idą do mieszkań tzw. 55+ czyli dla ludzi w podobnym wieku. I nie ma problemu z tym.
    Koszt wynajmu kawalerki to faktycznie masakra, ale to dlatego, że wszyscy je chcą. Ludzie mają dom za miastem i wynajmują kawalerkę w mieście, jak wszędzie. Każdy chce taką mieć, student, pracownik, itp. Dlatego są makabrycznie drogie. Za tą samą cenę wynajmiesz 3 pokoje w podobnej okolicy (jeśli Cię trzech studentów nie ubiegnie ;-)).
    I można wynająć z trzeciej ręki, ale to nie jest legalne. A ludzie tu przestrzegają prawa, bo nie opłaca się tego nie robić. Polacy często wynajmują u kogoś kto sam wynajmuje, czyli właśnie trzecia ręka. Plus jest taki, że ma się gdzie mieszkać. Minusy - z dnia na dzień wylatujesz, ktoś doniesie to masz przechlapane w papierach i legalnie możesz już nie wynająć a na pewno nie dostaniesz kredytu, itd. Nie opłaca się jeśli planujesz zostać dłużej. A kolejki do mieszkań są głównie do komunalnych, czyli tych gdzie czynsz jest niski a mieszkania znośne. I stamtąd też mogą wywalić za "byle co", choć w rzeczywistości nie jest tak łatwo. A umowy na krótki termin? Bo po 2 latach mieszkania w lokalu masz prawo do niego, nie zależnie od tego czy ma właściciela czy nie. Stąd specjalne obwarowania umów i niechęć do długich kontraktów.
    I wiele wiele wieeeele innych rzeczy. To, że jest inaczej niż w innych krajach, nie znaczy że jest gorzej. Jeśli rodzina studencka, żyjąca z jednej pensji w 3 osoby, może kupić mieszkanie w centrum, to chyba nie jest tak źle, nie? Odrobina szczęścia, upór i szybki refleks. Tyle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O właśnie, dzięki za tę informację o dwóch latach i nabywaniu praw. Słyszałam o tym, ale z niesprawdzonego źródła, więc nie chciałam pisać, w razie jakby to jednak nie była prawda.

      Ja rozumiem, że lubisz Szwecję i będziesz tego systemu bronić, ale dla mnie jest chory :) System kolejkowy??? No daj spokój :)

      Co do tego przeprowadzania się, jutro mogę wrzucić link, z którego tę informację zaczerpnęłam, bo mam to na służbowym laptopie - powyższą notkę napisałam na podstawie tego, co wyczytałam, bo przecież nie na doświadczeniu z 1,5 tygodnia ;) Ale tutaj na przykład jest też ciekawy głos: Lost in Stockholm

      Usuń
    2. O, mam, dokładnie o to mi chodziło:
      "Firstly she argues that the costs around the process of moving are too high today. The high revenue taxes, moving fees and costs for real estate agents make up a rather high expense for the person who wants to move. The consequence is that many people stay in their large apartement even after their children have moved out. In the light of this Rankka argues for a lower revenue tax"

      Źródło

      Usuń
    3. Nie wiem czy lubię całą Szwecję, ale na pewno lubię Sztokholm :-) ale to dosyć nietypowe miasto szwedzkie. Jeśli chodzi o kolejki to przypominają mi one nieco polskie książeczki mieszkaniowe. Nie będę bronić do upadłego, bo nie każdego bawi czekanie na swoją kolej (my od 5 lat ponad stoimy i nadal nie mamy za bardzo szans na mieszkanie w okolicy gdzie byśmy chcieli...) ale znam wiele osób, które w ten sposób dostało mieszkania dość szybko i mogło "wypisać się" z nielegalnej drugiej ręki. Fakt, że mieszkają w rejonach mocno imigranckich albo na obrzeżach miasta, ale za to legalnie i w miarę szybko, bo tam się losuje a nie czeka.
      Moje doświadczenia przeprowadzkowe są nieco inne niż piszesz, ale kto wie... Koszty przeprowadzki zależą w dużej mierze od firmy, którą się wybierze i od tego jak twardo potrafisz się postawić jej pracownikom ;-) Nie dalej jak wczoraj koleżanka się przeprowadzała do Uppsali i coś co miało zająć 3 godziny zajęło 11,5. Oczywiście płatne za godzinę. Ale to już kwestia tego jak bardzo silną osobowością się jest. "Nasi" panowie przeprowadzili nas w 4 godziny z okolic Haninge do centrum 4 lata temu i zajęło, ale mieliśmy inną stawkę nieco, bo po 16 było drożej ale na szczęście panom się spieszyło na jakiś mecz czy coś. Tak więc to jest względna kwestia.
      Real estate to w ogóle masakra jakaś, jeśli chodzi o stawki. Nie będę się denerwować myśląc o sprzedawaniu naszego obecnego, ale pani wyceniająca rzuciła coś o niskim progu, bo cenowo nie dostaniemy za dużo, i skończyło się na ponad 50 tys koron za ich obsługę. Powyżej jakiejś kwoty biorą procenty, ale i tak mniej niż 50 tys nie biorą nigdy za same oglądania i wystawienie w ich wyszukiwarce.
      A podatki szwedzkie to legendarne już... Dlatego czekamy do upływu magicznych 5 lat żeby się przeprowadzić...

      Usuń
    4. A i jak zwykle dodam, te nieszczęsne kolejki to rezultat programu Millenium, milion mieszkań na nowy wiek czy jakoś tak. Budowanie molochów i osiedli żeby tylko imigranci mieli gdzie się pomieścić po tym, jak zaczęli przyjeżdżać masowo w latach 60-70tych. I ciągle jeszcze chyba budują te bloki...
      A niska ilość nowobudowanych osiedli to głównie wynik prawa budowlanego i planów zagospodarowania oraz faktu, że tu po prostu nie ma gdzie budować. Sztokholm to wyspy i nie przeskoczy się tego. Teren jest ograniczony morzem, jeziorem, kanałami i następnymi miastami obok a w centrum jest zakaz budowania wysokich budynków. Stąd walka o każde mieszkanie. Teraz ruszyło, bo trochę wyburzali pod nową kolejkę i chcą wyciąć trochę parków i terenów zielonych, żeby było gdzie mieszkać. No i dawne poindustrialne przerabiają na mieszkaniówkę. Ale ciasno tu strasznie...

      Usuń
    5. Jakie magiczne 5 lat? Co się dzieje po 5 latach?

      Też myślałam, że problemem jest niemożność stawiania wysokiej zabudowy wszędzie. Dzięki czemu miasto ma swój urok, ale niestety mieszkań brakuje.

      Usuń
  13. Po 5 latach mieszkania, a właściwie bycia właścicielem, nie trzeba płacić podatku dochodowego od sprzedaży mieszkania. Innymi słowy państwo wierzy nam, że kupiliśmy dla siebie a nie dla zysku ;-) W międzyczasie można oczywiście wynająć, itp. ale trzeba być właścicielem.

    OdpowiedzUsuń
  14. No w tym wypadku sytuacja na rynku nieruchomosci jest po prostu chora. Nie wyobrażam sobie jak można narzucać właścicielowi mieszkania, co ma z nim robić.

    OdpowiedzUsuń