Przybyliśmy, jeszcze nie zobaczyliśmy, a czy zwyciężymy, to się okaże :)
Po ponad dziewięciu godzinach lotu, jesteśmy na kanadyjskiej ziemi z wbitymi wizami i pozwoleniami w paszporty. Zacznę od początku, bo tyle mi się w głowie kłębi, że potem wszystko mi się pomiesza i nie nadążę, a emocji trochę jest.
Na Okęciu jak to na Okęciu, nic specjalnego się nie działo, poza tym, że za wcześnie przyjechaliśmy (bo co niektórzy histeryzowali) i kwitnęliśmy ze trzy godziny, a dodatkowo lot był opóźniony. Dostaliśmy od koleżanki zastrzyki antyzakrzepowe, więc czułam się jak rasowy narkoman próbując zrobić sobie zastrzyk w toalecie :D Niestety mam totalną blokadę psychiczną i nie jestem w stanie wbić w siebie igły, brudną robotę wykonał Pan Koala w nagrodę pozostawiając siniaka ;) Przy okazji - jak ktoś Was zapewnia, że zastrzyk nie boli ("no zobacz jaka to cieniutka igła") to bądźcie czujni. Ja się znowu nabrałam, kuźwa jak to bolało...
Samolotami jednak latać nie lubię, a długie loty to już w ogóle masakra dla mnie, zresztą dla Pana Koali też - ja przynajmniej jestem kompaktowa i wszędzie się mieszczę, on ma problem z wyprostowaniem nóg. Ale nawet ja już miałam dosyć i ostatnie dwie godziny to była męka, bo każda pozycja była niewygodna. Jedzenie jak to w samolotach, aczkolwiek ze zdumieniem odkryłam, że dewolaj był jadalny i całkiem niezły jak na samolotowego. Oczywiście musiałam trafić w pobliże wrzeszczącego bachora, to już jakaś samospełniająca przepowiednia jest. Na szczęście jestem w stanie spać wszędzie, więc większość czasu przespałam, pozostały wykorzystałam na poczytanie wywiadu z Kapuścińskim, posłuchanie muzyki i obejrzenie przecudownej romantycznej komedii o magicznej fontannie w Rzymie :))))
Jak się dolatuje do Toronto, to poza niesamowitymi światłami miasta (a ja uwielbiam miasta nocą) rzucił mi się w oczy taki... porządek. Patrząc na miasto miałam wrażenie, ze ono jest poukładane, ulice przecinają je na prostokąty, są skupiska obiektów sportowych oświetlonych białymi światłami i części mieszkalne świecące się na żółto. Widać było, że wszystko ma swoje miejsce.
Kanada przywitała nas bardzo miło. Lotnisko jest ogromne (z terminala 1 na terminal 3 jedzie się kolejką), ale skonstruowane tak, że nie spędzasz godziny na przejściu z samolotu do bagażu, a potem do wyjścia. Po odprawie celnej skierowano nas do oficerów imigracyjnych - kolejka już mnie zniechęciła, ale z zaskoczeniem odkryłam, że wszystko idzie sprawnie, bo obsługujących jest ponad dziesięciu. Trafiłam do bardzo ładnej Pani, która zapytała mnie gdzie będziemy mieszkać, czy mamy już pracę i ile sztuk nas podróżuje. W tym momencie podszedł jej kolega i wręczył jej coś, co się okazało nowym rozkładem ich pracy - Pani Oficer wyszczerzyła się radośnie, zrobiła coś w rodzaju "Yes, yes, yes" byłego premiera i pochwaliła się, że przez dwa miesiące nie będzie miała zmiany porannej, której nienawidzi, bo musi wstawać o trzeciej rano. Zauważyłam, że trzecia to nie rano, a środek nocy, na co Pani ucieszyła się, że rozumiem jej ból :) Pochwaliła mój angielski oraz płynnie przeszła na polski, bo wprawdzie w Kanadzie mieszka od 20 lat, to mama w domu zawsze pilnowała, żeby mówiła po polsku :) Pogadałyśmy sobie o jej braku akcentu, o jakie nacje nas posądzano, bo obie nie mamy słowiańskiej urody i to w zasadzie było tyle.
Potem szybki telefon do człowieka, który miał nas zawieźć do hostelu i czekamy z walizami na zewnątrz. Podjechał, chciałam podejść i upewnić się, czy to on - do przekroczenia była trzypasmowa jezdnia. W jedną stronę przeszłam, z powrotem tak prawie wlazłam na jezdnię (w miejscu gdzie można było przechodzić był taki jakby szeroooooki prób zwalniający), ale zobaczyłam auta dość blisko, więc stanęłam, a moja stopa była na jezdni może z pięć centymetrów. I oni wszyscy się zatrzymali! Zrobiło mi się głupio, że im tak się wpierniczyłam, więc przebiegłam przez jezdnię, i... poczułam się jak dzikus. Po szkole przetrwania w polskich miastach, nie mieściło mi się w głowie, że wszystkie samochody dzielnie wyhamowały, a mnie nawet na jezdni nie było!
W samochodzie tylko pomyślałam, że chyba tu jednak będzie tak jak sobie wyobrażałam, słysząc następującego niusa, mówionego kobiecym głosem z odpowiednią modulacją: "The owner of a motel wants a man, who pointed gun into his head, behind the bars" - uśmiechnęłam się tylko. "A więc oni naprawdę tak czytają wiadomości!" :)))))
Jest 07:12, jeszcze mamy chwilę zanim wyruszymy w miasto. W dzisiejszym planie śniadanie w Starbucksie albo w czymś innym, w każdym razie pierwsze śniadanie chcemy tak z przytupem, na mieście pochłonąć :) A potem urzędy, banki i zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia :) Pogoda sprzyja, ma być słonecznie i koło 20 stopni, czyli akurat na bieganie po mieście. Z racji tego, że nie mogę wymyślić dobrego zakończenia, napiszę po prostu - pozdrawiamy :)
poniedziałek, 20 września 2010
sobota, 18 września 2010
Godzina zero (prawie) wybiła, czyli zapraszam na naszego bloga :)
Jesteśmy spakowani w 99% i przebieramy z niecierpliwości nogami, bo jutro o ósmej rano podjeżdża po nas kolega, który swym napędzanym ropą rumakiem (a właściwie całym stadkiem) zawiezie nas do Warszawy, gdzie po nudzie na lotnisku (bo mi się zawsze nudzi na lotnisku) wsiądziemy w podniebnego potwora, który zawiezie nas do miejsca, które będzie domem przez następny rok. Celowo używam słowa potwór, bo latanie uważam za coś nie do końca zgodnego z naturą człowieka ;) Nie dostaję histerii na pokładzie, ale czuję się nieswojo i nie przepadam za tym sposobem podróżowania, nawet dzisiaj proponowałam, że może jednak lepiej statkiem, ale Pan Koala się tak radośnie roześmiał, że zrozumiałam, iż nie mam co liczyć na zrozumienie ;)
Nie wiemy co się tak naprawdę wydarzy, czy znajdziemy mieszkanie takie jak chcemy, czy i kiedy dostaniemy dobrą pracę, ale mamy poczucie, że się naprawdę dobrze przygotowaliśmy. Mamy uznane dyplomy, plan działania na pierwsze dni, wydrukowane mapy, masę zaświadczeń i dokumentów, które mają nam ułatwić funkcjonowanie, dzięki ogromnej pomocy Krisa mamy mnóstwo adresów i wiedzy gdzie, co i jak. Pan Koala codziennie spędza wieczory na "zwiedzaniu" Toronto na Google Maps, doszedł już do nawet do momentu, kiedy patrzy na ulicę i mówi "Hm... Ja już tu kiedyś byłem" :))))) Może sobie wlewamy, ale mamy poczucie, że nie ma wielu emigrantów, którzy są tak przygotowani jak my. Zostały już tylko rzeczy, nad którymi z racji odległości kontroli mieć nie możemy, natomiast z poszukiwań internetowych Kanada jawi nam się jako kraj, który jest przyjazny swoim nowym mieszkańcom i stara się jak może, aby początki ułatwić. Zdajemy sobie sprawę, że będą chwile lepsze i gorsze, że będą schody i przeciwności losu, które będziemy musieli przetrwać. Ale my jesteśmy dwoma cwanymi szczęściarzami i tak łatwo się nie damy :)
Nie możemy się już doczekać. Właśnie wspominam wszystkie lata, kiedy tak bardzo chciałam wyjechać i pomieszkać gdzie indziej, ale nie miałam możliwości. Moment, kiedy odkryłam program wymiany między Kanadą a Polską i zaświeciło się światełko, a żeby nie było zbyt poetycko, to przyznam, że tak naprawdę w głowie miałam "O ja pierdzielę, o ja pierdzielę, ale zajebiście, dzwonię do Koali, dzwonie do Ambasady, albo nie, najpierw do Koali, paszporty musimy wyrobić, zdążymy, czy nie, zdjęcie do paszportu, o fak, dzwonię!!!" :)))) Pamiętam, jak w lutym siedziałam i myślałam o wszystkim co trzeba załatwić, a co było wówczas kompletnym mętlikiem w głowie - pocieszałam się, że przecież to jeszcze sześć miesięcy. Nie ma już sześciu miesięcy, nie ma trzech i nie ma jednego, jest jutro. Jutro o tej porze, będziemy gdzieś nad Oceanem, a ja będę dostawać zawału przy każdych turbulencjach i wyrzucać sobie, że nie kupiłam spadochronu :)))
Wiele rzeczy mam do napisania i wiele rzeczy będę miała. W najbliższych notkach chcę podzielić się wrażeniami z procesu przygotowań i załatwiania dokumentów w Polsce, chcę napisać jak dzięki telewizji eN u Mamy zrozumieliśmy amerykański futbol, jak nadal nie rozumiemy baseballa i jak od piętnastu lat marzę o pójściu na mecz NBA. Ale przede wszystkim chcę być w kontakcie z osobami bardzo mi bliskimi, ale też tymi, które wyraziły chęć odwiedzenia naszego bloga, które będą wpadać i regularnie i okazjonalnie. Oficjalnie i serdecznie zapraszam każdego, kogo zainteresują nasze losy, zapraszam do komentowania, bo też chcę wiedzieć co się dzieje w Polsce i w każdym innym miejscu na świecie, gdzie jesteście i skąd będziecie nas czytać. Mamy szczęście żyć w czasach, kiedy stwierdzenie, że świat jest globalną wioską jest już tak naprawdę truizmem :)
Bloga będzie również czytać moja Mama, więc specjalnie dla niej chciałam zaznaczyć, że postaram się powstrzymać od przeklinania, ale nie obiecuję, że mi się nie wymsknie :)))))
Zapraszam do czytania, komentowania, a jak tylko ogarniemy internet w hostelu, odmelduję się z pierwszymi wrażeniami :))))
Nie wiemy co się tak naprawdę wydarzy, czy znajdziemy mieszkanie takie jak chcemy, czy i kiedy dostaniemy dobrą pracę, ale mamy poczucie, że się naprawdę dobrze przygotowaliśmy. Mamy uznane dyplomy, plan działania na pierwsze dni, wydrukowane mapy, masę zaświadczeń i dokumentów, które mają nam ułatwić funkcjonowanie, dzięki ogromnej pomocy Krisa mamy mnóstwo adresów i wiedzy gdzie, co i jak. Pan Koala codziennie spędza wieczory na "zwiedzaniu" Toronto na Google Maps, doszedł już do nawet do momentu, kiedy patrzy na ulicę i mówi "Hm... Ja już tu kiedyś byłem" :))))) Może sobie wlewamy, ale mamy poczucie, że nie ma wielu emigrantów, którzy są tak przygotowani jak my. Zostały już tylko rzeczy, nad którymi z racji odległości kontroli mieć nie możemy, natomiast z poszukiwań internetowych Kanada jawi nam się jako kraj, który jest przyjazny swoim nowym mieszkańcom i stara się jak może, aby początki ułatwić. Zdajemy sobie sprawę, że będą chwile lepsze i gorsze, że będą schody i przeciwności losu, które będziemy musieli przetrwać. Ale my jesteśmy dwoma cwanymi szczęściarzami i tak łatwo się nie damy :)
Nie możemy się już doczekać. Właśnie wspominam wszystkie lata, kiedy tak bardzo chciałam wyjechać i pomieszkać gdzie indziej, ale nie miałam możliwości. Moment, kiedy odkryłam program wymiany między Kanadą a Polską i zaświeciło się światełko, a żeby nie było zbyt poetycko, to przyznam, że tak naprawdę w głowie miałam "O ja pierdzielę, o ja pierdzielę, ale zajebiście, dzwonię do Koali, dzwonie do Ambasady, albo nie, najpierw do Koali, paszporty musimy wyrobić, zdążymy, czy nie, zdjęcie do paszportu, o fak, dzwonię!!!" :)))) Pamiętam, jak w lutym siedziałam i myślałam o wszystkim co trzeba załatwić, a co było wówczas kompletnym mętlikiem w głowie - pocieszałam się, że przecież to jeszcze sześć miesięcy. Nie ma już sześciu miesięcy, nie ma trzech i nie ma jednego, jest jutro. Jutro o tej porze, będziemy gdzieś nad Oceanem, a ja będę dostawać zawału przy każdych turbulencjach i wyrzucać sobie, że nie kupiłam spadochronu :)))
Wiele rzeczy mam do napisania i wiele rzeczy będę miała. W najbliższych notkach chcę podzielić się wrażeniami z procesu przygotowań i załatwiania dokumentów w Polsce, chcę napisać jak dzięki telewizji eN u Mamy zrozumieliśmy amerykański futbol, jak nadal nie rozumiemy baseballa i jak od piętnastu lat marzę o pójściu na mecz NBA. Ale przede wszystkim chcę być w kontakcie z osobami bardzo mi bliskimi, ale też tymi, które wyraziły chęć odwiedzenia naszego bloga, które będą wpadać i regularnie i okazjonalnie. Oficjalnie i serdecznie zapraszam każdego, kogo zainteresują nasze losy, zapraszam do komentowania, bo też chcę wiedzieć co się dzieje w Polsce i w każdym innym miejscu na świecie, gdzie jesteście i skąd będziecie nas czytać. Mamy szczęście żyć w czasach, kiedy stwierdzenie, że świat jest globalną wioską jest już tak naprawdę truizmem :)
Bloga będzie również czytać moja Mama, więc specjalnie dla niej chciałam zaznaczyć, że postaram się powstrzymać od przeklinania, ale nie obiecuję, że mi się nie wymsknie :)))))
Zapraszam do czytania, komentowania, a jak tylko ogarniemy internet w hostelu, odmelduję się z pierwszymi wrażeniami :))))
wtorek, 10 sierpnia 2010
Koszty - część czwarta
Kolejna aktualizacja. Kwoty są od osoby.
Zaświadczenie o niekaralności - 50zł
Wiza - 390zł
Zdjęcie do paszportu - nie pamiętam, koło 20zł chyba
Paszport - 140zł
Bilet Warszawa-Toronto i z powrotem - 2 719,49zł (chyba "dziękujemy ci islandzki wulkanie o dziwnej nazwie ;)
Hostel na tydzień - 492,20$, ale na razie jest zapłacone 51,20$, czyli 88,63zł od osoby. Na miejscu zostaje 441$, wg obecnego kursu to będzie 1323zł, czyli 661,5zł. Innymi słowy hostel pi razy oko wyniesie 750zł od osoby.
Transport z lotniska - 45$, czyli ok 140zł, czyli 70zł od osoby
Międzynarodowe prawo jazdy - 30zł
Uznanie dyplomu przez ICAS - 90$, czyli 271,31zł
Wysyłka dokumentów do ICAS - 18,18zł
Ubezpieczenie - 2 029$, 6 087zł, czyli ok. 3 044zł od osoby.
Tłumaczenie dokumentów (dyplomy, suplementy) - 270zł od osoby
Wydanie zaświadczenia o prawie jazdy - 17zł
Usuniecie simlocka - 25zł
Opłata za sztukę dodatkowego bagażu - 165zł
Wydanie zaświadczenia o prawie jazdy - 17zł
Usuniecie simlocka - 25zł
Opłata za sztukę dodatkowego bagażu - 165zł
Razem: 7 980 zł
Oczywiście do tego dochodzą jeszcze takie koszty jak półroczny zapas soczewek :) Innymi słowy wypisałam te koszty, które myślę, że poniesie każdy, a mogą jeszcze dojść koszty według indywidualnych potrzeb. Jeśli o czymś zapomniałam (ostatnie parę dni było bardzo intensywnych), to dopiszę.
Oczywiście do tego dochodzą jeszcze takie koszty jak półroczny zapas soczewek :) Innymi słowy wypisałam te koszty, które myślę, że poniesie każdy, a mogą jeszcze dojść koszty według indywidualnych potrzeb. Jeśli o czymś zapomniałam (ostatnie parę dni było bardzo intensywnych), to dopiszę.
wtorek, 3 sierpnia 2010
Wakacje i nerwy
Godzina zero zbliża się nieubłaganie, co oznacza, że zaczynam mieć stresa. Wakacje odhaczone, polansowaliśmy się na windsurfingu, w ten weekend zaliczyliśmy ostatni już Woodstock, a teraz do mnie dociera, że wyjazd coraz bliżej i pora się zabrać już na serio. W tym tygodniu zamawiam walizki, w przyszłym zapewne będę załatwiać Wydział Komunikacji, innymi słowy, godzina zero nadchodzi a ja jestem coraz bardziej zdenerwowana. I podekscytowana. Ale bardziej zdenerwowana.
Idę jeść...
Idę jeść...
poniedziałek, 12 lipca 2010
Motocyklowo
Tak narzekałam na pogodę i zazdrościłam Krisowi w upalnym Toronto, teraz fala tropikalnych upałów jest u nas :) Ja się cieszę, bo chociaż nie bardzo się da na zewnątrz wytrzymać, to ciepło lubię, a w Polsce mamy go z reguły tak mało, że nie poczuwam się do narzekania. Jeszcze usłyszy i sobie pójdzie ;)
Ale miało być motocyklowo. Dzisiaj na zaprzyjaźnionym forum przeczytałam o wypadku jednego z forumowiczów, który skończył się dla niego bardzo dramatycznie, a czy nie skończy się tragicznie, to jeszcze nie wiadomo, bo obecnie jest w stanie śpiączki farmakologicznej. Takie mamy hobby, że musimy się jakoś uodpornić na cosezonowe doniesienia o kolejnych wypadkach i śmierci motocyklistów. No właśnie, tylko czy aby wszyscy z nich zasługują na to miano?
W środowiskach motocyklowych określenie motocyklista jest tożsame z prawdziwym miłośnikiem motocykli. Takim, który je kocha, a nie tylko traktuje jak szpan przed kumplami i sposób na laski i lans. Takim, który wie jak się ubrać i zabezpieczyć, takim, który może i jeździ często nieprzepisowo, ale z głową.
Jak robiłam kurs na prawko naczytałam się mnóstwo historii o tym, że drogi pełne są krwiożerczych puszkarzy, którzy motocyklistów nienawidzą i cały czas czyhają na nasze życie. Nie patrzą w lusterka, zajeżdżają drogę, pryskają płynem do spryskiwaczy w twarz, wyjeżdżają z podporządkowanych, itp, itd. Jak już nadszedł pierwszy sezon i miałam pierwszy raz wyjechać na miasto, byłam autentycznie przerażona i zestresowana. I przeżyłam mały szok. Nie dość, że nikt nie próbował mnie zabić, to jeszcze w korkach mnóstwo osób manewrowało tak, żeby mi zrobić miejsce. Nie wspominając o tym, że wtedy jeszcze miałąm długie włosy, więc w życiu nie zdobywałam takiej uwagi męskiej części kierowców ;) Owszem, zdarzył mi się pacan, który złośliwie ustawił się tak, że nie mogłam przejechać, ale łyknęłam go na następnych światłach. Owszem, byli kierowcy zagapieni, którym chwilę zajmowało zanim mnie zauważyli. Ale czy jadąc samochodem takich kierowców nie ma?
Mam coś, co nazywam szóstym zmysłem na drodze. Może to nie szósty zmysł, a zwyczajna umiejętność obserwacji i doświadczenie kilku lat spędzonych na polskich drogach. W każdym razie ja widzę kierowców podejrzanych. Wiele razy jadę, patrzę na delikwenta i myślę sobie "E nie, nie wyprzedzam, on jest jakiś dziwny, zaraz coś wywinie". I z reguły ów kierowca coś wywija. Patrzę i obserwuję, analizuję wszystko dookoła i staram się przewidywać i brać poprawkę na gapciów, pozamiejscowych i zwykłych niezdecydowanych, którzy w ostatnim momencie decydują się dopiero w którą stronę i na jakim pasie chcą się znaleźć. Nie traktuję tego jako zamach na moją motocyklową wolność, życie i potrzebę jeżdżenia po mieście jak wariat. Bo tak naprawdę o to się wszystko rozbija, o prędkość, o to, że motocykliści często nie mogą poczekać aż się sytuacja na drodze wyklaruje, tylko cisną, a potem płaczą. Ja w mieście jeżdżę tak jak miasto na to pozwala. Jak mam dwupasmówkę to się rozpędzam, ale mam wystarczająco dużo wyobraźni, żeby nie szarżować tam, gdzie zawsze może ktoś wyjechać, zagapić się, albo pojawić się pieszy. Póki co dwie newralgiczne sytuacje w mieście miałam na własne życzenie.
Trasa to inny temat. Na trasie owszem, przekraczam przepisy, tylko że na polskich drogach chyba bym jajko zniosła, jakbym miała jechać przepisowo. Motocykl zapewnia mi sensowne czasy przejazdu z punktu A do punktu B. I co ciekawe, ostatnio zauważyłam, że im dynamiczniej jeżdżę, tym więcej kierowców mi robi miejsce do wyprzedzania. Jechałam sobie jakiś czas temu, musiałam się trochę rozjeździć i naprawić psychikę po zeszłorocznym wypadku. Jechałam więc spokojnie, blisko środka, bo czaiłam się do wyprzedzania, a tu kątem oka widzę z prawej (!!!!) strony coś. Otóż jakiś pizduś nie mógł jechać za mną, tylko wepchnął mi się z prawej strony i tamtędy próbował mnie wyprzedzić!!! Debilność manewru mnie tak poraziła, że byłam autentycznie w szoku, a jakby mi ktoś jechał na trzeciego z naprzeciwka i musiałabym odbić w prawo? Wkurzyłam się, zaczęłam cisnąć i stał się cud - samochody zaczęły się rozstępować jak Morze Czerwone. Nie rozumiem jeszcze tego zjawiska, dlaczego nie ułatwia mi się manewru jak jadę spokojnie, za to jak zapierdalam, to wszyscy są chętni, żeby zjechać. Ale do czego zmierzam. Na trasie jadę tak, żeby dać się zauważyć. Kierowca nie ma obowiązku gapienia się non stop w lusterko i wypatrywania w nim motocyklisty. Jadę wiec tak, żeby mógł mnie zauważyć, jeśli nie ma gdzie zjechać i czaję się do wyprzedzania, zjeżdżam parę razy na środek, bo kierowcy statystycznie częściej zerkają w lusterko centralne niż w boczne. Jak ktoś nie zjeżdża, lekko zwalniam, daję mu szansę spojrzenia i często widzę moment, w którym kierowca mnie zauważa i zjeżdża w prawo, żebym mogła wyprzedzić. Ciekawe ile osób jeżdżących na dwóch kołach może o sobie powiedzieć to samo. Na pewno nie ci, którzy nawet mnie zaskakiwali mijając mnie z prędkością ponaddźwiękową i zauważałam ich dopiero jak mnie mijali.
Cały ten wywód zmierza właśnie to próby scharakteryzowania ofiar wypadków motocyklowych. Jest to pogląd niepopularny, ale uważam, że większość z nich ginie na własne życzenie, bo szarżują na początku sezonu, kiedy jeszcze wszystkie zakręty są kwadratowe, bo uważają, że skoro oni jadą szybciej, to wszyscy mają obowiązek im robić dobrze. Bo przeginają z prędkościami i stawiają się w sytuacji, kiedy nie mają szans na żadną reakcję w razie zagrożenia. Bo nie myślą, nie obserwują i nie przewidują. Nie jest przypadkiem, że (strzelam) na 95% zdjęć z wypadków widzę motocykle sportowe. I tłumaczenie "Nie po to kupiłem sporta, żeby wolno jeździć". Ja też lubię szybko jeździć i mam motocykl, który do najwolniejszych nie należy (choć potworem nie jest), ale biorę poprawkę na własne umiejętności, refleks i fakt, że na drodze mogę spotkać kiepskich kierowców. Jak tego nie robisz, nie dramatyzuj, że zakręt został przestrzelony, a ten dziadek w Skodzie wymusił na tobie pierwszeństwo.
Niestety jest też ta mała grupka ludzi, którzy zwyczajnie mają pecha. Jadą spokojnie, ale upadek kończy się dla nich tragicznie. Jak dla chłopaka w Poznaniu w zeszłym roku, który miał kolizję z rowerzystą i spadł z motocykla tak pechowo, że uderzył w kosz na śmieci stojący obok przystanku. Jak dziewczyna w tym roku, którą wyrzuciło na koleinach i spadając uderzyła w krawędź krawężnika idealnie jedyną nieosłoniętą częścią szyi między kaskiem a kurtką. Niestety, ale życie nie jest sprawiedliwe i sprawdza się prawda, którą powtarzam od dawna - do tego hobby trzeba zwyczajnie mieć trochę szczęścia.
Co nie znaczy, że trzeba sprawdzać jego granice.
Ale miało być motocyklowo. Dzisiaj na zaprzyjaźnionym forum przeczytałam o wypadku jednego z forumowiczów, który skończył się dla niego bardzo dramatycznie, a czy nie skończy się tragicznie, to jeszcze nie wiadomo, bo obecnie jest w stanie śpiączki farmakologicznej. Takie mamy hobby, że musimy się jakoś uodpornić na cosezonowe doniesienia o kolejnych wypadkach i śmierci motocyklistów. No właśnie, tylko czy aby wszyscy z nich zasługują na to miano?
W środowiskach motocyklowych określenie motocyklista jest tożsame z prawdziwym miłośnikiem motocykli. Takim, który je kocha, a nie tylko traktuje jak szpan przed kumplami i sposób na laski i lans. Takim, który wie jak się ubrać i zabezpieczyć, takim, który może i jeździ często nieprzepisowo, ale z głową.
Jak robiłam kurs na prawko naczytałam się mnóstwo historii o tym, że drogi pełne są krwiożerczych puszkarzy, którzy motocyklistów nienawidzą i cały czas czyhają na nasze życie. Nie patrzą w lusterka, zajeżdżają drogę, pryskają płynem do spryskiwaczy w twarz, wyjeżdżają z podporządkowanych, itp, itd. Jak już nadszedł pierwszy sezon i miałam pierwszy raz wyjechać na miasto, byłam autentycznie przerażona i zestresowana. I przeżyłam mały szok. Nie dość, że nikt nie próbował mnie zabić, to jeszcze w korkach mnóstwo osób manewrowało tak, żeby mi zrobić miejsce. Nie wspominając o tym, że wtedy jeszcze miałąm długie włosy, więc w życiu nie zdobywałam takiej uwagi męskiej części kierowców ;) Owszem, zdarzył mi się pacan, który złośliwie ustawił się tak, że nie mogłam przejechać, ale łyknęłam go na następnych światłach. Owszem, byli kierowcy zagapieni, którym chwilę zajmowało zanim mnie zauważyli. Ale czy jadąc samochodem takich kierowców nie ma?
Mam coś, co nazywam szóstym zmysłem na drodze. Może to nie szósty zmysł, a zwyczajna umiejętność obserwacji i doświadczenie kilku lat spędzonych na polskich drogach. W każdym razie ja widzę kierowców podejrzanych. Wiele razy jadę, patrzę na delikwenta i myślę sobie "E nie, nie wyprzedzam, on jest jakiś dziwny, zaraz coś wywinie". I z reguły ów kierowca coś wywija. Patrzę i obserwuję, analizuję wszystko dookoła i staram się przewidywać i brać poprawkę na gapciów, pozamiejscowych i zwykłych niezdecydowanych, którzy w ostatnim momencie decydują się dopiero w którą stronę i na jakim pasie chcą się znaleźć. Nie traktuję tego jako zamach na moją motocyklową wolność, życie i potrzebę jeżdżenia po mieście jak wariat. Bo tak naprawdę o to się wszystko rozbija, o prędkość, o to, że motocykliści często nie mogą poczekać aż się sytuacja na drodze wyklaruje, tylko cisną, a potem płaczą. Ja w mieście jeżdżę tak jak miasto na to pozwala. Jak mam dwupasmówkę to się rozpędzam, ale mam wystarczająco dużo wyobraźni, żeby nie szarżować tam, gdzie zawsze może ktoś wyjechać, zagapić się, albo pojawić się pieszy. Póki co dwie newralgiczne sytuacje w mieście miałam na własne życzenie.
Trasa to inny temat. Na trasie owszem, przekraczam przepisy, tylko że na polskich drogach chyba bym jajko zniosła, jakbym miała jechać przepisowo. Motocykl zapewnia mi sensowne czasy przejazdu z punktu A do punktu B. I co ciekawe, ostatnio zauważyłam, że im dynamiczniej jeżdżę, tym więcej kierowców mi robi miejsce do wyprzedzania. Jechałam sobie jakiś czas temu, musiałam się trochę rozjeździć i naprawić psychikę po zeszłorocznym wypadku. Jechałam więc spokojnie, blisko środka, bo czaiłam się do wyprzedzania, a tu kątem oka widzę z prawej (!!!!) strony coś. Otóż jakiś pizduś nie mógł jechać za mną, tylko wepchnął mi się z prawej strony i tamtędy próbował mnie wyprzedzić!!! Debilność manewru mnie tak poraziła, że byłam autentycznie w szoku, a jakby mi ktoś jechał na trzeciego z naprzeciwka i musiałabym odbić w prawo? Wkurzyłam się, zaczęłam cisnąć i stał się cud - samochody zaczęły się rozstępować jak Morze Czerwone. Nie rozumiem jeszcze tego zjawiska, dlaczego nie ułatwia mi się manewru jak jadę spokojnie, za to jak zapierdalam, to wszyscy są chętni, żeby zjechać. Ale do czego zmierzam. Na trasie jadę tak, żeby dać się zauważyć. Kierowca nie ma obowiązku gapienia się non stop w lusterko i wypatrywania w nim motocyklisty. Jadę wiec tak, żeby mógł mnie zauważyć, jeśli nie ma gdzie zjechać i czaję się do wyprzedzania, zjeżdżam parę razy na środek, bo kierowcy statystycznie częściej zerkają w lusterko centralne niż w boczne. Jak ktoś nie zjeżdża, lekko zwalniam, daję mu szansę spojrzenia i często widzę moment, w którym kierowca mnie zauważa i zjeżdża w prawo, żebym mogła wyprzedzić. Ciekawe ile osób jeżdżących na dwóch kołach może o sobie powiedzieć to samo. Na pewno nie ci, którzy nawet mnie zaskakiwali mijając mnie z prędkością ponaddźwiękową i zauważałam ich dopiero jak mnie mijali.
Cały ten wywód zmierza właśnie to próby scharakteryzowania ofiar wypadków motocyklowych. Jest to pogląd niepopularny, ale uważam, że większość z nich ginie na własne życzenie, bo szarżują na początku sezonu, kiedy jeszcze wszystkie zakręty są kwadratowe, bo uważają, że skoro oni jadą szybciej, to wszyscy mają obowiązek im robić dobrze. Bo przeginają z prędkościami i stawiają się w sytuacji, kiedy nie mają szans na żadną reakcję w razie zagrożenia. Bo nie myślą, nie obserwują i nie przewidują. Nie jest przypadkiem, że (strzelam) na 95% zdjęć z wypadków widzę motocykle sportowe. I tłumaczenie "Nie po to kupiłem sporta, żeby wolno jeździć". Ja też lubię szybko jeździć i mam motocykl, który do najwolniejszych nie należy (choć potworem nie jest), ale biorę poprawkę na własne umiejętności, refleks i fakt, że na drodze mogę spotkać kiepskich kierowców. Jak tego nie robisz, nie dramatyzuj, że zakręt został przestrzelony, a ten dziadek w Skodzie wymusił na tobie pierwszeństwo.
Niestety jest też ta mała grupka ludzi, którzy zwyczajnie mają pecha. Jadą spokojnie, ale upadek kończy się dla nich tragicznie. Jak dla chłopaka w Poznaniu w zeszłym roku, który miał kolizję z rowerzystą i spadł z motocykla tak pechowo, że uderzył w kosz na śmieci stojący obok przystanku. Jak dziewczyna w tym roku, którą wyrzuciło na koleinach i spadając uderzyła w krawędź krawężnika idealnie jedyną nieosłoniętą częścią szyi między kaskiem a kurtką. Niestety, ale życie nie jest sprawiedliwe i sprawdza się prawda, którą powtarzam od dawna - do tego hobby trzeba zwyczajnie mieć trochę szczęścia.
Co nie znaczy, że trzeba sprawdzać jego granice.
wtorek, 6 lipca 2010
Koszty - część trzecia
Czas na krótką aktualizację ze świata kosztów wyjazdu :) Kwoty są od osoby.
Zaświadczenie o niekaralności - 50zł
Wiza - 390zł
Zdjęcie do paszportu - nie pamiętam, koło 20zł chyba
Paszport - 140zł
Bilet Warszawa-Toronto i z powrotem - 2 719,49zł (chyba "dziękujemy ci islandzki wulkanie o dziwnej nazwie ;)
Hostel na tydzień - 491,50$, czyli ok. 1 524zł, czyli 762zł od osoby
Transport z lotniska - 45$, czyli ok 140zł, czyli 70zł od osoby
Międzynarodowe prawo jazdy - 30zł
Uznanie dyplomu przez ICAS - 90$, czyli ok 280zł (jeszcze tego nie wysłałam, więc nie wiem jakie będą koszty wysyłki)
Razem: 4 461,49 zł
środa, 16 czerwca 2010
Jak zanudzić się na śmierć
Zostać fanem piłki nożnej.
Jako osoba silnie zindoktrynowana przez ojca podczas Italii '90, nie mogąca zasnąć z przejęcia i braku decyzji czy kibicować w finale Argentynie czy Niemcom, bardzo lubię piłkę nożną. Ponieważ za bardzo się nie wciągam w kibicowanie jakimś konkretnym ligom, głównie oglądam Ligę Mistrzów, Mundial i Mistrzostwa Europy. Na te dwa ostatnie zawsze czekam z radością, w końcu miesiąc bezkarnego popijania piwa przy dobrych meczach codziennie się nie trafia ;) W tym roku szczególnie się ucieszyłam, bo:
1. Po raz pierwszy jestem bezrobotna w czasie Mundialu, więc mogę oglądać wszystkie mecze
2. Nie ma przesunięcia czasu między Polską a RPA, co oznacza, ze aby osiągnąć punkt 1. nie muszę się zrywać po nocy.
Niestety nie przewidziałam jednego. Że Mundial 2010 będzie nudny jak flaki z olejem. Wymiękam, zwyczajnie wymiękam. Rozumiem, że boiska są dość wysoko nad poziomem morza, że piłka jest śiakaś taka dziwna, że cholerne wuwuzele doprowadzają do szału, ale czy powyższe trzy czynniki sprawiają, że nagle się zapomina gry w piłkę? Czy fakt, że Cristiano Ronaldo potyka się na piłce jest spowodowany wysokością, czy dziwną piłką (może ona go zaatakowała)? A co z Brazylijczykami, którym wczoraj zwyczajnie nie chciało się biegać? I dlaczego na koniec pierwszej kolejki muszę wypowiedzieć słowa, które z trudnością mi przechodzą przez gardło i palce: "Najładniej dotychczas zagrali Niemcy"??????? Podczas meczu Słowaków z Nowozelandczykami jedynym jasnym punktem była chwila kiedy strzelec gola ściągnął koszulkę, a przy spotkaniu Wybrzeża Kości Słoniowej z Portugalią obcisłe koszulki reprezentacji WKS.
Wczoraj stwierdziliśmy z Panem Koalą, że Mundial już nie jest pretekstem do bezkarnego picia piwa, tylko picie piwa jest konieczne do strawienia meczu. Wiemy, bo wczoraj próbowaliśmy bez i mało nie zasnęłam, nie mówiąc o narastającym psychicznym dole.
Mam szczerą nadzieję, że przy drugiej rundzie się wezmą w garść, bo zaczynam mieć przed każdym meczem to beznadziejne uczucie nadziei towarzyszące mi od lat meczom reprezentacji Polski...
Jako osoba silnie zindoktrynowana przez ojca podczas Italii '90, nie mogąca zasnąć z przejęcia i braku decyzji czy kibicować w finale Argentynie czy Niemcom, bardzo lubię piłkę nożną. Ponieważ za bardzo się nie wciągam w kibicowanie jakimś konkretnym ligom, głównie oglądam Ligę Mistrzów, Mundial i Mistrzostwa Europy. Na te dwa ostatnie zawsze czekam z radością, w końcu miesiąc bezkarnego popijania piwa przy dobrych meczach codziennie się nie trafia ;) W tym roku szczególnie się ucieszyłam, bo:
1. Po raz pierwszy jestem bezrobotna w czasie Mundialu, więc mogę oglądać wszystkie mecze
2. Nie ma przesunięcia czasu między Polską a RPA, co oznacza, ze aby osiągnąć punkt 1. nie muszę się zrywać po nocy.
Niestety nie przewidziałam jednego. Że Mundial 2010 będzie nudny jak flaki z olejem. Wymiękam, zwyczajnie wymiękam. Rozumiem, że boiska są dość wysoko nad poziomem morza, że piłka jest śiakaś taka dziwna, że cholerne wuwuzele doprowadzają do szału, ale czy powyższe trzy czynniki sprawiają, że nagle się zapomina gry w piłkę? Czy fakt, że Cristiano Ronaldo potyka się na piłce jest spowodowany wysokością, czy dziwną piłką (może ona go zaatakowała)? A co z Brazylijczykami, którym wczoraj zwyczajnie nie chciało się biegać? I dlaczego na koniec pierwszej kolejki muszę wypowiedzieć słowa, które z trudnością mi przechodzą przez gardło i palce: "Najładniej dotychczas zagrali Niemcy"??????? Podczas meczu Słowaków z Nowozelandczykami jedynym jasnym punktem była chwila kiedy strzelec gola ściągnął koszulkę, a przy spotkaniu Wybrzeża Kości Słoniowej z Portugalią obcisłe koszulki reprezentacji WKS.
Wczoraj stwierdziliśmy z Panem Koalą, że Mundial już nie jest pretekstem do bezkarnego picia piwa, tylko picie piwa jest konieczne do strawienia meczu. Wiemy, bo wczoraj próbowaliśmy bez i mało nie zasnęłam, nie mówiąc o narastającym psychicznym dole.
Mam szczerą nadzieję, że przy drugiej rundzie się wezmą w garść, bo zaczynam mieć przed każdym meczem to beznadziejne uczucie nadziei towarzyszące mi od lat meczom reprezentacji Polski...
czwartek, 27 maja 2010
Koszty - część druga
Doszedł bilet lotniczy:
Zaświadczenie o niekaralności - 50zł
Wiza - 390zł
Zdjęcie do paszportu - nie pamiętam, koło 20zł chyba
Paszport - 140zł
Bilet Warszawa-Toronto i z powrotem - 2 719,49zł (chyba "dziękujemy ci islandzki wulkanie o dziwnej nazwie ;)
Razem: 3 319,49zł
Ponieważ Kris pytał o ubezpieczenie - o ubezpieczeniu myślałam, ale nadal nie mogę zdecydować, czy wykupić polskie, czy to, co proponowałeś. Myślę, że teraz już się będę zabierać konkretnie za takie rzeczy ;)
Hm...
Jakoś nie mam ostatnio weny. Mój problem polega na tym, że my z Panem Koalą bardzo dużo ze sobą rozmawiamy i wszelkie przemyślenia i teorie, które potrzebuję z siebie wyrzucić, wyrzucam podczas dyskusji z nim. Nie jest to problem sensu stricte, ale problem na linii ja-pisanie bloga ;)
Dobija nas pogoda, jest koniec maja, a to co jest na dworze nijak nie wygląda na akceptowalne dla nas temperatury. Motocykle bidne stoją i czekają na jakiś cieplejszy dzień, na szczęście od czasu do czasu jakiś się trafia (np. wczoraj łyknęłam 200km jako rozgrzewkę przed weekendowym zlotem). Tymczasem Kris donosi, że w Toronto upały... W tym roku w Toronto była wyjątkowo łagodna zima, a teraz praży słońce, jak znam życie, to po naszym przyjeździe trafi się zima stulecia i wyjątkowo zimne lato ;)))))
Nadeszła wiekopomna chwila i mamy zarezerwowane bilety do Kanady :) Dokładnie 19 września o godzinie 20:15 (czasu kanadyjskiego) nasze osoby zaszczycą swoją obecnością ziemię kanadyjską :) Emocji sporo, bo zarezerwowanie biletu przeniosło wyjazd ze sfery "gadamy" w sferę "no to trzeba zacząć się zbierać".
W ten weekend wybieramy się na zlot, więc przed nami ok 370km z jedną stronę, a prognozy pogody zmieniają się z minuty na minutę. Tak jak mamy mniej więcej pewność, że jutro deszcz nas ominie, tak prognozy w niedzielę wahają się od lekkiego deszczyku późnym popołudniem, po napierdzielanie deszcze cały dzień, przez całą trasę. Niestety przeciwdeszczowych kondomów nie posiadamy, więc jak nas dorwie na trasie to będzie cudownie. Ciuchy texowe przemakają później niż dżinsy, ale jednak.
A oto nasze maleństwa:
Moje

Pana Koali:

Wiem, wiem, są piękne :)
Tymczasem wracam do kontemplowania przepięknej pogody i planowania co mam jutro ze sobą zabrać, żeby się po pierwsze nie zatelepać na śmierć podczas trasy, a z drugiej strony przeżyć długi wieczór na świeżym i zimnym powietrzu...
Dobija nas pogoda, jest koniec maja, a to co jest na dworze nijak nie wygląda na akceptowalne dla nas temperatury. Motocykle bidne stoją i czekają na jakiś cieplejszy dzień, na szczęście od czasu do czasu jakiś się trafia (np. wczoraj łyknęłam 200km jako rozgrzewkę przed weekendowym zlotem). Tymczasem Kris donosi, że w Toronto upały... W tym roku w Toronto była wyjątkowo łagodna zima, a teraz praży słońce, jak znam życie, to po naszym przyjeździe trafi się zima stulecia i wyjątkowo zimne lato ;)))))
Nadeszła wiekopomna chwila i mamy zarezerwowane bilety do Kanady :) Dokładnie 19 września o godzinie 20:15 (czasu kanadyjskiego) nasze osoby zaszczycą swoją obecnością ziemię kanadyjską :) Emocji sporo, bo zarezerwowanie biletu przeniosło wyjazd ze sfery "gadamy" w sferę "no to trzeba zacząć się zbierać".
W ten weekend wybieramy się na zlot, więc przed nami ok 370km z jedną stronę, a prognozy pogody zmieniają się z minuty na minutę. Tak jak mamy mniej więcej pewność, że jutro deszcz nas ominie, tak prognozy w niedzielę wahają się od lekkiego deszczyku późnym popołudniem, po napierdzielanie deszcze cały dzień, przez całą trasę. Niestety przeciwdeszczowych kondomów nie posiadamy, więc jak nas dorwie na trasie to będzie cudownie. Ciuchy texowe przemakają później niż dżinsy, ale jednak.
A oto nasze maleństwa:
Moje
Pana Koali:
Wiem, wiem, są piękne :)
Tymczasem wracam do kontemplowania przepięknej pogody i planowania co mam jutro ze sobą zabrać, żeby się po pierwsze nie zatelepać na śmierć podczas trasy, a z drugiej strony przeżyć długi wieczór na świeżym i zimnym powietrzu...
sobota, 10 kwietnia 2010
...
Nie jestem w stanie zrozumieć, jak można wsadzić do jednego samolotu całe dowództwo sił zbrojnych, prezydencką parę, wicemarszałków i inne najważniejsze osoby w państwie. Logika nakazuje wysyłać ich osobno :(
Subskrybuj:
Posty (Atom)