Jak już wspominałam w poprzedniej notce, zanim zameldowaliśmy się w schronisku, poszliśmy zaliczyć nasz pierwszy szlak. Bardzo blisko Jasper i naszego schroniska znajduje się bardzo charakterystyczny punkt Parku Narodowego, czyli góra Edith Cavell. Ma 3 363m n.p.m. i przez Indian nazywana jest Białym Duchem. Obecna nazwa została nadana w hołdzie brytyjskiej pielęgniarce, która pomagała w ucieczce więźniom w Belgii podczas niemieckiej okupacji podczas I Wojny Światowej.
środa, 31 sierpnia 2011
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Droga do Rockies, czyli już jest niesamowicie
Wróciliśmy do cywilizacji :) W górach nie mieliśmy ani internetu, ani (w większości) zasięgu komórek, w schroniskach nie było bieżącej wody, więc powrót do Calgary i prawdziwy prysznic był bardzo przyjemnym doznaniem :) Rockies spełniły pokładane w nich oczekiwania, nawet chyba z nawiązką - to prawda co mówią, że tych widoków się już nie da wymazać z pamięci. Zdjęć mamy chyba ponad 400 z samych tych czterech dni :) Ale nie wrzucę wszystkich na bloga, bez obaw ;)
Wyruszyliśmy z Calgary dość mocno podekscytowani, czując, że oto właśnie nadszedł moment, kiedy sie zaczynają nasze prawdziwe wakacje. Plan był prosty, acz pełen niepewności - ile czasu nam zejdzie na zaplanowane szlaki? Czy nie napakowaliśmy za mocno "programu"? A może okaże się, że to jakieś badziewia, które machniemy raz-dwa i będzie trzeba kombinować co robić? Czy spotkamy zwierzaczory? Może będziemy mieć pecha i zwierzaczory nas ominą i nic nie zobaczymy... O co chodzi z tymi widokami, co możemy zobaczyć takiego, że wszyscy, ale to wszyscy nawet po latach opowiadają o nich z iskrzącymi oczami?
Przedsmak zaczął sie niedługo za Calgary, kiedy na horyzoncie zmajaczyły się potwory... góry znaczy się. Wielkie góry.czwartek, 25 sierpnia 2011
Dzień dobry, Calgary!
Udało się, nikt nas nie okradł, nie zgwałcił, nie zgubili nam bagażu, nie zabłądziliśmy w drodze do hostelu, innymi słowy, jesteśmy cali i zdrowi w Calgary. Najpierw prawie zamordowałam Pana z Hostelu, który ignorował nasze dramatyczne dobijanie się do środka i odbierał nam wizję snu, ale jak już się pojawił to się tak naprzepraszał, ze aż nie miałam serca go ochrzanić tak jak to pierwotnie planowałam. Hostel jest w samym centrum, więc po wyjściu mamy widok na, nieco chaotyczne z tego punktu, downtown.
wtorek, 23 sierpnia 2011
Greyhound, czyli dawajcie prąd!
Miał być prąd. I Wi-Fi. I mniej siedzeń. I więcej miejsca na nogi. I wygodne fotele.
Nie wiem czemu, ale na długie trasy Greyhound puszcza autobusy z lat 90tych, z idiotycznie wyprofilowanymi fotelami, które bardzo chcą ci złamać kark. Do Winnipeg w takowym jechaliśmy i dzielnie przed złamaniem karku się obroniliśmy. W Winnipeg przeniesiono nas do autokaru z XXI wieku, niemniej prądu i wi-fi nadal nie ma, więc na każdym dłuższym postoju wyruszamy na polowanie, coby podładować laptopa i móc dalej oglądać seriale ;)
Stacje Greyhounda w miejscowościach mniejszych niż Winnipeg (czyli wszystkich dotychczasowych ;)) wyglądają jak koszmar senny PRLu i w nocy efekt jest naprawdę niesamowity, a jeszcze lepszy rano jak zaspany i z lekka wkurwiony Pan Sklepowy wyrzuca "towar" na ladę. Inne twarze niż w Toronto, więcej białych i Indian, nie spodziewałam się, że aż tylu Indian zobaczę. Niestety nie wyglądają jak Winnetou, bizona na bank by nie złapali, a jeden miał delirium. Piszę to półżartem, więc proszę mi rasizmu nie imputować :) Wydaje mi się jednak, że polityka wyrzutów sumienia ma podobny efekt jak u Aborygenów - czy ktoś ma wiedzę jak to wygląda w Kanadzie ze stosunkami kanadyjsko-indiańskimi?
Trzeba przyznać, że wyjątkowo bezproblemowo się jedzie, ludzie całkiem dobrze wychowani, z małymi wyjątkami, jednak nie uprzykrzającymi podróży. Krajobraz się zmienił z lasów i jezior na pola i płaskość, a Google Maps mówi, że preria jeszcze przed nami. Minus taki, że nie można się zatrzymać gdzie się chce i zdjęć robić, a stacje i okolice nie dają mi natchnienia.
Jutro z rana lądujemy w Calgary, a póki co machamy z trasy :)
wtorek, 16 sierpnia 2011
Umiemy robić zdjęcia!!!
Dzięki pomocy kolegi Kuby Ł. w końcu nauczyliśmy się robić zdjęcia nowym obiektywem! :) DZIĘ-KU-JE-MY! :))) W ten weekend byliśmy w kotydżu kolegi i Koala znalazł funkcję mirror lockup, o której wspominał kolega Kuba, co spowodowało mały wybuch szału i pstrykanie wszystkiego co popadnie ciesząc się, że działa ;) Później musiałam wykasować połowę, bo po cholerę mi pięć zdjęć tej samej budki na ptaki...
piątek, 12 sierpnia 2011
Wakaje 2011, czyli podbój Zachodniego Wybrzeża
No, części zachodniego wybrzeża. No dobra, małej części. DOBRZE, małej, kanadyjskiej części ;) A do tego najpiękniejsze parki narodowe i mnóstwo kilometrów do upchnięcia w nieco ponad trzy tygodnie. Innymi słowy - oto nasz plan. Niedokończony jeszcze w 100%, ale już mi tylko bodaj 5 dni zostało do ogarnięcia.
piątek, 5 sierpnia 2011
Zoo, czyli obrazki
Dzisiaj będzie obrazkowo, bo cały czas walczę z wakacjami i choć jestem już blisko ogarnięcia tego na tyle, żeby spłodzić całego posta, to jeszcze chwilę muszę nad tym posiedzieć.
W zeszłą niedzielę wybraliśmy się do Zoo jak już wspominałam. Zoo w Toronto jest naprawdę sympatycznie rozwiązane, na sporym kawałku ziemi, z całkiem sensowną ilością miejsca dla zwierzaków.
niedziela, 31 lipca 2011
Arrrgghhhh
Tak wiem, miało być o wycieczce. I o pracy. I o czymś tam jeszcze. Ale od trzech dni prowadzimy nierówną walkę z moim laptopem. Postawilismy system trzy razy. Przetestowaliśmy pamięć, poprawiliśmy chłodzenie procesora, wymontowaliśmy kartę wifi, która była też podejrzewana o psucie systemu. W końcu Pana Koalę olśniło, że jeszcze nie sprawdziliśmy dysku i to był strzał w dziesiątkę. Udało się postawić system tak, że w miarę chodzi a start następuje w 4 minuty a nie 10. Ale przynajmniej mamy diagnozę, a teraz próbujemy zapudrować pryszcza, bo nowy dysk kupimy w Polsce z powodu znacznej różnicy w cenie.
Tym sposobem, napiszę coś konrketnego jak już odzyskam wszystko co jest do odzyskania, poinstaluję wszystko co mi jest do życia i bloga potrzebne i przestanę mieć ochotę przywalić sprzętem w ścianę. I jak wrócimy z Zoo :)))
Tym sposobem, napiszę coś konrketnego jak już odzyskam wszystko co jest do odzyskania, poinstaluję wszystko co mi jest do życia i bloga potrzebne i przestanę mieć ochotę przywalić sprzętem w ścianę. I jak wrócimy z Zoo :)))
wtorek, 26 lipca 2011
Dotarliśmy na wyspy :)
No, udało się tym razem. Jedyny minus, że jakoś tak nieprzygotowani pojechaliśmy, ani koszyka piknikowego, ani jedzenia, ani konkretnych planów, kocyk jedynie wzięliśmy. I wodę. I słońca nie było, więc nie wzięłam kapelusza.
Ale głównym celem (moim przynajmniej) było zrobienie zdjęcia panoramy Toronto własnoręcznie, żeby już nie musieć kraść z internetu i cel został osiągnięty :)
Ale głównym celem (moim przynajmniej) było zrobienie zdjęcia panoramy Toronto własnoręcznie, żeby już nie musieć kraść z internetu i cel został osiągnięty :)
piątek, 22 lipca 2011
Takie tam, upalnie
Wczoraj w Toronto padł rekord ciepła. Temperatura sięgnęła 38 stopni, a odczuwalna 49. Ostatni raz coś takiego czułam po wylądowaniu w Tunezji, jak wiało Sirocco. A i tak było bardziej sucho, musiało być, bo nie pamiętam stróżek potu na twarzy i plecach, a takowe pojawiły się wczoraj i aż mnie oczy szczypały. Pan Koala miał wolne, chciał wyjść na zakupy, ale ściana gorąca wepchnęła go z powrotem do budynku :) Z tego co piszą, był to najcieplejszy dzień w historii Toronto. Lucky us :)
Ogólnie to upały mamy od tygodnia, ja w sumie nie mam z tym aż takiego problemu, bo dobrze znoszę ciepło, choć wilgotność powodująca ciągle mokry pysk bywa dobijająca. Ale podobno w Nowym Jorku jest gorzej ;) U nich wilgotność sięga 80%, w Toronto teraz jest 40%, w nocy ma skoczyć do okolic 60% - miejmy nadzieję, że to z powodu zapowiadanych na jutro burz.
W pracy powiedziałam, że odchodzę pod koniec sierpnia. Stwierdziłam, że za dużo nerwów mnie kosztuje zastanawianie się kiedy mam powiedzieć i jak zareagują w świetle mojego zaangażowania w projekt nowego systemu. Doszłam do wniosku, że oni mogą być skurwielami, ale ja chcę być fair w stosunku do samej siebie i poinformowałam odpowiednio wcześnie, żeby mieli czas na jakiekolwiek manewry. Projekt jest w fazie bardzo początkowej i charakteryzuje się kompletnym chaosem, jak również sporą dawką niewiedzy i ignorancji. Na przykład sama się uczę nowego systemu z wyproszonych manuali, bo właściciel nie wiedział nawet, że jakieś manuale istnieją i był ciężko zdziwiony, że dokumentuję procesy biznesowe. Nie wiedział również po co to robię, co tylko potwierdziło moje przypuszczenie, że nie ma pojęcia o zarządzaniu projektem. Nowy system jest stworzony pod ekrany dotykowe, o czym właściciel jeszcze nie wie, bo systemu nie widział i ekrany planuje kupić w późniejszym czasie. Obstawiam, że bardzo się ucieszy jak mu powiem, że z mojego punktu widzenia wprowadzanie nowego oprogramowania na sprzęcie który mamy to cofnięcie się o parę kroków i poważne spowolnienie pracy. Na dodatek dwa dni temu zmarł ojciec nieoficjalnego szefa projektu, a w żydowskiej tradycji przez tydzień się obchodzi żałobę, więc do tego wszystkiego mamy tygodniowe opóźnienie, bo bez J. właściciel nie wie co robić z projektem. Rozbraja mnie sposób w jaki ta firma jest zarządzana. W każdym razie przejęto się naszymi wizami i zaczęły się pomysły co mogą zrobić, żeby przekonać urząd, że jednak jestem potrzebna na kanadyjskim rynku pracy. Bardzo to miłe, ale niestety za późno :)
System postanowił również dać nam trochę pieniędzy, co było dla mnie kompletnym zaskoczeniem. Najpierw dostaliśmy mniejszy zwrot podatku niż nam skalkulował program. Nie wiem dlaczego, bo wyjaśnienie było na zasadzie "zmniejszyliśmy kwotę w polu 303, stąd zwrot wyniesie tyle". Git, nadal nie wiem jednak DLACZEGO. Odpuściłam i czekałam dzielnie do lipca na spodziewany zwrot GST. Wypłaty są podobno 5go lipca. Nadszedł ten dzień i oczywiście na koncie cisza. Po tygodniu dostaliśmy listy, że nie mogą skalkulować zwrotu, bo nie dostarczyliśmy wymaganych dokumentów. Szlag mnie trafił, bo wiem, że dokumenty wysyłałam. Miałam je wysłać ponownie w tym tygodniu, ale zapomniałam, chyba przez ten upał. Dzisiaj wchodzę na konto i widzę zwrot GST. 3 razy większy niż się spodziewałam. Może mi przyślą kolejny list z wyjaśnieniem ;) W każdym razie nie wnikam, nadwyżka finansowa zrobiła się już bardzo ładna, co oznacza, że najpewniej skorzystamy z wycieczki na lodowiec, którą to nieśmiało proponował Pan Koala, a która nie była pewna właśnie z powodów finansowych :)))) Z tej również okazji idę dzisiaj na zakupy, bo już mam dosyć chodzenia w tych samych spodniach.
W niedzielę planujemy się w końcu dostać na wyspy. Trzymajcie kciuki, żeby się nam udało ;) Zostały nam cztery weekendy i już wszystkie mamy zaplanowane, więc parę rzeczy nam niestety wypadło, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś to nadrobimy :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)






